WIDZIANE Z RZYMU - POWÓDŹ

Email Drukuj PDF

Nie tak dawno byliśmy świadkami kilku powodzi w Polsce. Wielu ludzi straciło cały swój majątek, gospodarstwo, domy. To są niewyobrażalne straty, które trudno oszacować. Wraz z powodzią wielu ludzi straciło także nadzieję. Kto wie, czy strata nadziei nie jest czymś o wiele gorszym, niż straty materialne. Trudno zmierzyć nadzieję. Albo się ją ma, albo nie. Myślę tutaj o stracie nadziei, że jutro będzie lepsze i że uda się wrócić do dawnego życia i odzyskać choć w części to, co zostało stracone. Do tego dochodzi uzasadniony lęk, że zostanie się samym ze zrujnowanym domem i gospodarstwem, że nikt nie pomoże i że wszyscy wkrótce zapomną. Takie myślenie jest bardzo ludzkie i nie ma co się dziwić. Nie mówimy o bajkach, ale o sprawach dla człowieka najpoważniejszych. W tym mierzeniu strat łatwo o szukanie winnych może nawet łącznie z Panem Bogiem. To – znów – całkiem zrozumiała reakcja, do której człowiek ma prawo. Takim kataklizmom jak powódź towarzyszy stres, jaki sobie czasami trudno wyobrazić. Można się wymądrzać, że należało zrobić to lub tamto, ale nic nie odda poczucia straty, stresów i bólu towarzyszącemu powodzi czy innym żywiołom. Jakże często przychodzi wymądrzanie się, ale co ciekawe – już po fakcie.
Człowiek dostał ziemię w administrowanie. Ziemia potrafi dać człowiekowi wiele bogactw, wiele dobra i tego, co piękne. Ale potrafi także pokazać swoje drugie oblicze. Trzeba się zgodzić na to, że są siły i żywioły, których człowiek - pomimo że żyjemy w XXI wieku i latamy w kosmos - nie potrafi opanować. To nie jest wina Pana Boga. Pan Bóg nie zapewnia nas, że będziemy żyli w cieplarnianych warunkach. Ludzie, którzy żyją na terenach zagrożonych powodziami, trzęsieniem ziemi, wybuchami wulkanów czy innymi kataklizmami z pokolenia na pokolenie robią dwie rzeczy: po pierwsze chcą wiedzieć od swoich lokalnych przywódców, co ci zrobili dla polepszenia ich bezpieczeństwa i rozliczają ich z tego, a po drugie – uczą swoje dzieci i wnuków co robić i jak się zachować, kiedy taki kataklizm nadejdzie.
Jednym z bardziej zaludnionych terenów południowych Włoch jest Neapol. To miasto położone jest na bombie. Wulkan Wezuwiusz królujący nad Zatoką Neapolitańską nigdy nie przeszedł „w stan spoczynku”. To ten sam wulkan, który w 79 r. zniszczył Pompeje i dwa inne  duże miasta, zasypując je popiołem i uśmiercając wielu ludzi. A mimo tego, mało kto chce dzisiaj z powodu Wezuwiusza opuszczać Neapol. To są jakieś ludzkie paradoksy, może trudne decyzje. Ale dokąd iść? A może ludzie liczą na to, że to ich nie spotka, a jeśli – to dadzą radę i pokonają naturę? Nie wiem. Człowiek, mimo wszystko, umie dawać sobie radę. Najważniejsze, to się nie poddawać. Od swoich polityków i odpowiedzialnych twardo domagać się poszanowania swojego życia i dobytku, ale też umieć powstawać i nie poddawać się.
Jedno jest  pewne: ofiarom kataklizmów należy się nasza solidarność. Taka, na jaką nas stać. Nie z jakiegoś widzimisię, ale z potrzeby serca. Każdy może kiedyś potrzebować pomocy. Solidarność i nasza pomoc należą się powodzianom, jak psu buda.

Norbert Frejek SJ | Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

You are here: